Skandynawski zaciąg w Ekstraklasie. Moda, która ma sens, czy nowy „zagraniczny szrot”?
W ostatnich latach coraz częściej przez polską ligę przewijają się skandynawscy zawodnicy w Ekstraklasie. Niektórzy z nich okazali się gwiazdami rozgrywek, inni zaginęli w tłumie anonimowych graczy. Szczególnie ostatni rok przyniósł znaczący napływ Szwedów, Norwegów, czy Duńczyków. Skąd taka drastyczna zmiana kierunku transferowego Ekstraklasy? Przeanalizujmy tę sytuację.
Skandynawowie w Ekstraklasie — garść statystyk
Na początku przyjrzyjmy się bilansowi transferów przychodzących (w tym wypożyczeń) do Ekstraklasy pod kątem narodowości od początku 2025 roku. Stan na 7 września 2026 roku przedstawia się następująco:
- Norwegia — 7 zawodników
- Szwecja — 12 zawodników
- Dania — 10 zawodników
- Słowacja — 5 zawodników
- Czechy — 6 zawodników
Zaskoczeni? Przez ostatnie półtora roku polskie kluby sprowadziły niemal niemal 3-krotnie więcej skandynawskich piłkarzy, aniżeli tych zza naszej południowej granicy. Dla kontrastu przyjrzyjmy się bilansowi od początku 2023 roku do końca 2024 roku:
- Norwegia — 4 zawodników
- Szwecja — 6 zawodników
- Dania — 4 zawodników
- Słowacja — 6 zawodników
- Czechy — 7 zawodników
Jak widać liczba sprowadzonych do Polski skandynawskich graczy wzrosła ponad dwukrotnie, natomiast liczba Słowaków i Czechów nieznacznie spadła. Proporcjonalny wzrost transferów wybranych reprezentantów nordyckich wręcz miażdży ten dotyczący naszych, zdawałoby się bardzo popularnych, południowych sąsiadów. Potwierdza to pewną zależność, którą postaram się wyjaśnić w tym tekście.
Sukcesy rodaków motorem napędowym transferów?
Chyba każdy kibic Ekstraklasy kojarzy czołowe nazwiska ze Skandynawii, które ostatnio przewijały się przez Ekstraklasę. Wystarczy wymienić Jonatana Braut Brunesa, Mikaela Ishaka, Kristoffera Velde, czy Christiana Gytkjaera, którzy swoją obecność w polskiej lidze zapisali złotym zgłoskami. Po okresie błysku tych zawodników worek transferowy z północy zdecydowanie wystrzelił.

Taka sytuacja ma swoje minusy i plusy. Z jednej strony wyżej wymienieni zawodnicy doprowadzali swoje zespoły na szczyt tabeli Ekstraklasy. Z drugiej, mieliśmy do czynienia z kilkoma niewypałami transferowymi, które niejednokrotnie zawodziły swoich kibiców. Wydaje się jednak, iż część ekstraklasowych klubów na bazie sukcesów, postanowiła wysyłać więcej skautów do obserwacji nordyckich graczy. Być może ci oddelegowani do Słowacji i Czech dostali nowe wytyczne odnośnie kierunku poszukiwań.
Moda na skandynawskich zawodników postępuje również dzięki sukcesom tamtejszych klubów w europejskich pucharach. O ile możemy mówić o całkiem dużym upadku szwedzkiego futbolu, o tyle Norwegia ma w tym roku aż dwa kluby w Lidze Mistrzów! Do tego dochodzi regularnie reprezentowana przez liczne grono Dania, która potrafi postraszyć największych. Sukcesy zespołowe, każą więc poszukiwać posiłków właśnie w takich mniej oczywistych miejscach, zamiast bez końca rozgrzebywać drugą ligę hiszpańską, czy słowackich średniaków.
Polskie kluby uczą się na porażkach ze Skandynawami?
W końcu, kto nie pamięta dotkliwych porażek polskich drużyn z nordyckimi ekipami ten nie powinien nazywać siebie fanem piłki nożnej. Niedawna remontada Aarhus z Lechem Poznań, rozgromienie Jagiellonii Białystok przez Bodo/Glimt, czy felerny dwumecz Legii Warszawa z Molde. To tylko niektóre z przykładów eurołomotu, które spuściły nam drużyny ze Skandynawii.

Czy na tej bazie możemy twierdzić, iż zaciąg z Norwegii, czy Danii ma sens jakościowy? I tak, i nie. Z jednej strony to sytuacja, gdy poniekąd kupujemy nieprzyzwyczajonego do naturalnej murawy kota w worku, którego forma na polskich boiskach może znacząco odbiegać (w jedną i drugą stronę) od tej prezentowanej w rodzimej lidze. Z drugiej strony mentalność skandynawskich drużyn to coś, co imponuje nawet największym piłkarsko krajom.
Tutaj świetnie sprawdzi się powiedzenie starożytnego chińskiego stratega Sun Tzu: „poznaj swojego wroga”. A jak inaczej poznać mocne strony i słabości aktualnie największych piłkarskich konkurentów, jak nie sprowadzając kilku z nich na próbę. Ekstraklasa to już nie poziom ligi azerskiej, bułgarskiej, czy wspomnianej wcześniej Słowacji. Nasza liga stoi aktualnie w tym drugim, a nie trzecim rzędzie potęg piłkarskich.
Szwedzi, Norwegowie i Duńczycy — kto wypada najlepiej?
Ciężko zweryfikować jakość wszystkich, sprowadzonych w ostatnich trzech latach zawodników, gdyż część z nich dopiero rozpoczyna przygodę z Ekstraklasą. Przyjrzyjmy się jednak tym, którzy rozegrali w polskiej lidze co najmniej jedną rundę. Bierzemy pod uwagę okres od 1 stycznia 2023 roku do 1 kwietnia 2026 roku.

Tutaj odwrócimy nieco kolejność i rozpoczniemy od Czechów. Wśród 10 graczy sprowadzonych w tym okresie w Ekstraklasie wypaliło tak naprawdę pięciu: Patrik Hellebrand, Michal Sacek, Lukas Ambros, Lukas Sadilek i Ondrej Zmrzly. Ba, Ambros został niedawno sprzedany to Anderlechtu za kwotę 5 milionów euro. Co ciekawe, wszyscy z wymienionych byli związani choć raz z Górnikiem Zabrze. Skuteczność czeskich transferów wynosi więc 50%.
Ze Słowakami sytuacja jest bardziej skomplikowana. Z 12 piłkarzy sprowadzonych w tym okresie raczej tylko jeden mógłby być okrzyknięty gwiazdą ligi (Tomas Bobcek). Jednak znakomita większość tych zawodników sprawdziła się w Ekstraklasie, choć oprócz byłego snajpera Lechii Gdańsk żaden z nich nie miał wysokiego potencjału sprzedażowego.
Przejdźmy więc do gwoździa programu, rozpoczynając od Duńczyków. Z 13 zawodników sprowadzonych w wymienionym okresie tylko JEDEN stał się w pewnym sensie gwiazdą Ekstraklasy (Mikkel Maigaard). W tym gronie znalazło się kilku solidnych grajków (na przykład wypożyczony do Lecha Rasmus Carstensen, czy całkiem solidny Thomas Santos), jednak większość z duńskich graczy to kompletne niewypały. Wystarczy wymienić Miletę Rajovicia, Lukasa Leragera (wyeliminowany przez kontuzję), Loukę Pripa, czy Rizę Durmisi. Może potwierdzać to jedno: moda na zaciąg skandynawski często jest prowadzona bez namysłu, co miało miejsce z Czechami i Słowakami jeszcze kilka lat temu.

W tym czasie do Ekstraklasy dołączyło aż 14 Szwedów. Tutaj sytuacja jest bardziej optymistyczna. Marcus Haglind-Sangre, Leo Bengtsson, Patrik Walemark, czy Linus Wahlqvist to przykłady jak najbardziej pozytywne. Do tego dochodzi kilka niewypałów w postaci Eliasa Anderssona, Ludviga Fritzsona, czy Simona Gustafsona i mamy całkiem zbalansowaną pakę. Polskie kluby (a szczególnie Lech Poznań) z pewnością były zainspirowane postacią Mikaela Ishaka, który znakomicie wypromował swój kraj.
Na podobnym przykładzie można uzasadniać także zaciąg norweski. Jonatan Braut Brunes oraz Kristoffer Velde to gracze z potencjałem, przerastającym naszą ligę. Zresztą, tacy gracze jak Fredrik Ulvestad, czy Kristoffer Hansen to równie solidni piłkarze, godnie prezentujący się w Ekstraklasie. Nie zabrakło wpadek (Bryan Fiabema, Fredrik Krogstad), ale ogólnie rzecz biorąc Norwegowie w Polsce idą w jakość, a nie ilość, choć to okno transferowe może srogo namierzać…
Skandynawski zaciąg w Ekstraklasie — moda czy przemyślana strategia?
Trudno stwierdzić. Z jednej strony wiele przykładów potwierdziło, iż jest to dobry kierunek na poszukiwanie nowych zawodników do Ekstraklasy. Z drugiej, możemy być świadkami sytuacji, gdy liga będzie przesycona przeciętnym graczami z północy. Fenomen sprowadzania Skandynawów do Polski można wyjaśnić wieloma wyżej wymienionymi czynnikami: od dobrych osiągnięć drużynowych, do wzmocnionego skautingu, aż do inspiracji gwiazdami Ekstraklasy.
Apelowałbym jednak o umiar. Jeden Brunes, czy Ishak wiosny nie czyni, choć kilka letnich nabytków już pokazało drzemiący w nich potencjał. Nie ma więc sensu pozyskiwać masowo piłkarzy ze Skandynawii. Polskie kluby nie mogą popełnić błędu sprzed kilku lat — byle kto, od byle kogo, byle ze Słowacji lub Czech. Tzw. „zagraniczny szrot” rzadko kiedy realnie wpływa na zwiększenie konkurencyjności naszej ligi.

