Jedyny Polak grający w litewskiej ekstraklasie: wywiad z Jakubem Wawszczykiem
Reprezentował barwy wielu polskich klubów, dla których rozegrał ponad 100 spotkań na poziomie centralnym. Jako 26-latek zdecydował się kontynuować karierę za granicą, wybierając dość nietypowy kierunek. We wrześniu 2024 roku zasilił litewskie Riteriai, a rok później został piłkarzem FC Džiugas Telšiai. Przeciętny polski kibic z tamtejszą ligą z reguły kojarzy zespół FK Zalgirisu Wilno, lecz ta tendencja może ulec zmianie. Obecnie Džiugas z Polakiem w składzie wiedzie prym w Toplydze i jest na najlepszej drodze po mistrzostwo Litwy, premiowane udziałem w eliminacjach do Ligi Mistrzów. W obszernym wywiadzie z Jakubem poruszyliśmy całe spektrum ciekawych tematów — od wspomnień z gry w Polsce po obecną rzeczywistość i uroki piłki nożnej na Litwie.
Grałeś na wielu poziomach rozgrywkowych — od niższych lig po Ekstraklasę. Z którym polskim klubem czujesz się dziś najmocniej związany i dlaczego?
Arka Gdynia. Wiele wspomnień, mnóstwo fantastycznych ludzi, których spotkałem na swojej drodze w Gdyni przez te kilka dobrych lat. W Arce przeszedłem przez wszystkie szczeble rozwoju — od drużyn juniorskich, przez rezerwy, aż po pierwszą drużynę. Do dzisiaj oglądam większość meczów Arki, śledzę, co się dzieje w klubie.

Mimo że dzisiaj nie gram już w Gdyni, nadal jest to klub najbliższy mojemu sercu.
Któremu klubowi lub trenerowi w Polsce zawdzięczasz najwięcej?
Miałem szansę pracować z wieloma bardzo dobrymi trenerami i jeszcze lepszymi ludźmi, dlatego nie chcę wymieniać poszczególnych nazwisk. Przed chwilą mówiłem o swoim przywiązaniu do Arki, natomiast mam ogromny sentyment do Radomiaka Radom. W Radomiu otrzymałem pełen kredyt zaufania od klubu i trenera Banasika. Wspólnie sięgnęliśmy wtedy po awans do 1. Ligi. To była dla mnie pewnego rodzaju trampolina do profesjonalnej piłki.
A był taki moment w Polsce, po którym czułeś, że mogłeś dostać większą szansę albo że Twoja kariera mogłaby potoczyć się inaczej?
To trochę paradoks, ale z perspektywy czasu uważam, że najwięcej złego zrobił mi przepis o młodzieżowcu. W sezonie, w którym zrobiliśmy awans z Radomiakiem, rozmawialiśmy o moim definitywnym pozostaniu w klubie. Przez wprowadzenie przepisu o młodzieżowcu podjęto jednak decyzję o moim powrocie do Gdyni i rywalizacji o pozycję z kapitanem drużyny — Adamem Marciniakiem.
Żebym nie został źle zrozumiany, cenię sobie tamten sezon w Arce. Zebrałem cenne doświadczenie w Ekstraklasie, natomiast z perspektywy czasu uważam, że dla mojego rozwoju kolejny sezon w Radomiaku — już w 1. lidze — byłby dla mnie lepszy.
Który mecz z polskich boisk szczególnie zapadł Ci w pamięć?
Derby Trójmiasta.
Jakie były kulisy Twojego wyjazdu na Litwę? Co miało największy wpływ na decyzję, by kontynuować karierę właśnie tam?

Każdy w życiu potrzebuje zmian. Ja czułem ogromną potrzebę postawienia przed sobą nowych wyzwań. Po sezonie w Zniczu Pruszków podjąłem decyzję, że nie ma dla mnie innej drogi niż próba własnych możliwości za granicą — udowodnienia sobie czegoś. W tamtym czasie rozmawiałem z kilkoma klubami w innych europejskich krajach, finalnie nie znajdując wspólnego języka. Sezon trwał, a ja wciąż pozostawałem bez klubu. Zadzwonił wtedy do mnie trener Sławomir Cisakowski, który prowadził Riteriai. Klub był kilka kolejek przed awansem — wtedy jeszcze do A Lygi. Wystarczyło wygrać kilka spotkań i dowieźć awans. Zdawałem sobie sprawę z ryzyka, jakie podejmuję. Przenosiłem się w końcu z zaplecza polskiej ekstraklasy do zaplecza litewskiej, natomiast czułem, że muszę zaryzykować. Dzień po rozmowie z trenerem Cisakowskim byłem już w Wilnie.
Kiedy pojawił się temat Litwy, pomyślałeś: „to ciekawa opcja” czy raczej: „kurczę, gdzie ja jadę?”?
Nie było czasu na namysł — to był ruch oparty na intuicji. Kiedyś słyszałem, że człowiek idący w miejsce, gdzie tli się jarzmo porażki, to człowiek odważny. Zdawałem sobie sprawę, że dużo ryzykuję, ale wewnętrznie czułem, że muszę to ryzyko podjąć.
A co wiedziałeś o litewskiej piłce przed wyjazdem? Czy miałeś kogo zapytać o ligę, kluby, warunki i życie na Litwie przed podpisaniem kontraktu?
Wiedziałem, jakie zespoły grają na Litwie, natomiast o tym, jak wygląda to organizacyjnie — tylko z rozmów z trenerem Cisakowskim.
I co było dla Ciebie największym zaskoczeniem po przyjeździe — poziom sportowy, organizacja, stadiony, tempo gry, życie poza boiskiem?

Ilość kibiców na stadionach. W Polsce wiele stadionów jest wypełnionych, czasem po ostatnie miejsce. Inaczej jest na Litwie, a w tamtym momencie ciężko było mi się przestawić. Należało jednak zaakceptować fakt, że na Litwie niezmiennie to koszykówka jest sportem numer jeden. Cieszę się, że teraz widać poprawę. Na mecze Toplygi przychodzi coraz więcej ludzi. Jest większe zainteresowanie.
Gdybyś miał jednym zdaniem albo jedną sceną pokazać polskiemu kibicowi, czym jest piłka na Litwie — co by to było?
„Miejsce, gdzie piłka nie żyje tylko z pieniędzy, żyje z pasji.”
Gdybyś miał porównać Toplygę do polskich realiów: bliżej jej do Ekstraklasy, 1. ligi czy 2. ligi?
Szanuję poziom Ekstraklasy czy też jej zaplecza. Przez te ostatnie lata polska piłka klubowa zrobiła ogromny progres, o czym świadczą chociażby bardzo pozytywne występy polskich drużyn w europejskich pucharach. Uważam natomiast, że takie porównywanie nie jest do końca fair. To dwie różne ligi, funkcjonujące w innych realiach finansowych i organizacyjnych. Ekstraklasa jest dziś mocniejsza pod względem głębi i zaplecza, ale Toplyga ma swój styl i z każdym sezonem robi postępy. Do ligi litewskiej trafiają coraz lepsi zawodnicy. Hamulić przed swoim pierwszym transferem do Stali Mielec grał w Dainavie Alytus, a po przyjeździe do Polski — po świetnej rundzie — był już w Tuluzie. W ostatnim meczu towarzyskim Polski z Nigerią bramkę strzelił Moffi, który pierwsze poważne kroki stawiał w Riteriai.
Gdyby obecne Džiugas miało zagrać sezon w polskiej Ekstraklasie, jakiego miejsca w tabeli byś się po tym zespole spodziewał?
Przed tym sezonem wszyscy skazywali nas na porażkę, a Džiugas po 19 kolejkach jest na pierwszym miejscu w tabeli. Piłka lubi niespodzianki, ale także pokorę. Za przewidywanie się nie biorę, ale na pewno byłby to ciekawy sezon.
W czym litewska liga jest w Polsce niedoceniana?

Litewska piłka w Polsce bywa niedoceniana głównie dlatego, że rzadko się ją ogląda. Oceny opierają się na ogólnych rankingach czy porównaniach finansowych. Tymczasem według mnie to liga, w której każdy mecz wymaga dużej koncentracji i pracy, bo zespoły są dobrze przygotowane fizycznie i potrafią grać bardzo zdyscyplinowany futbol.
Czy spotkałeś się z takim podejściem, że ktoś w Polsce słyszy „Litwa” i od razu zakłada, że to mało poważny kierunek? Denerwuje Cię takie myślenie?
Kompletnie nie interesuje mnie zdanie innych na ten temat. To ja mam czuć się dobrze.
Słuszne nastawienie. A jak myślisz, w czym polska piłka — organizacyjnie, sportowo lub medialnie — najmocniej góruje nad litewską?
Chyba infrastruktura. W Ekstraklasie, na jej zapleczu, a czasami i niżej usytuowane kluby mają nowoczesne stadiony i bardzo dobre zaplecza treningowe, co ułatwia codzienną pracę na wysokim poziomie. Na Litwie warunki są skromniejsze, choć stopniowo się poprawiają.
Na Litwie drużyny grają ze sobą czterokrotnie w sezonie. Jak oceniasz taki system? Jakie ma plusy i minusy z perspektywy zawodnika?
Granie cztery razy z tym samym rywalem w sezonie ma swój charakter. Z jednej strony to większa trudność w zaskoczeniu rywala – zespoły szybko się siebie uczą, przez co każdy szczegół ma znaczenie. Z drugiej strony może pojawić się trochę powtarzalności, bo drużyny znają się już naprawdę dobrze. W praktyce jednak taki system, w mniejszych ilościowo ligach, sprawia, że każdy mecz jest ważny i bardziej bezpośredni w walce o punkty, co utrzymuje wysoki poziom rywalizacji przez cały sezon.
Jaką ligą jest Toplyga na boisku? Bardziej fizyczną, taktyczną, techniczną, chaotyczną? Co najbardziej ją charakteryzuje?
To liga fizyczna, intensywna i bardzo bezpośrednia. Dużo walki, mało przestrzeni i mecze często rozstrzygane w detalach. Trzeba być konsekwentnym przez cały mecz, bo każdy błąd może kosztować punkty.
Skupmy się może teraz na samym Džiugasie. Wiedziecie prym w lidze i walczycie o najwyższe cele. To był realny cel w szatni od początku sezonu mimo sceptyków czy coś, co zaskoczyło nawet Was?

Od początku przygotowań czuliśmy, że możemy coś znaczyć w tym sezonie. Mamy w klubie ambitnych ludzi, zaczynając od osób zarządzających klubem, przez trenera Lipskisa i sztab trenerski, kończąc na zawodnikach. To wszystko tworzy spójne środowisko, w którym każdy wie, czego się od niego oczekuje i jaką rolę ma do odegrania. Dzięki temu od pierwszych tygodni było widać, że idziemy w jednym kierunku i budujemy coś stabilnego, opartego na pracy i konsekwencji. W trakcie sezonu przełożyło się to na naszą regularność, pewność w grze i przekonanie, że możemy rywalizować z każdym w tej lidze.
Ale co jest największą siłą tego zespołu? Skąd aż tak dobra forma?
W tej drużynie został zakorzeniony brak samozadowolenia. Każdy chce więcej i więcej. Nasze odprawy, nawet po wygranych meczach, to nie jest tylko przejście przez 5-10-minutowy materiał, w którym zbierasz pochwały i jesteś klepany po plecach. Zdarza się, że główną częścią analizy są błędy, które w tygodniu staramy się naprawiać. Siłą drużyny są konsekwentna praca i chęć rozwoju. W tym sezonie wielokrotnie pokazywaliśmy charakter i mocną mentalność. Zdarzało się, że mecze nie układały się po naszej myśli, traciliśmy bramki lub mieliśmy trudniejsze momenty, ale drużyna potrafiła reagować i odwracać losy spotkań. To pokazuje, że zespół nie traci wiary nawet w trudnych sytuacjach i do końca wierzy w swoje możliwości. Oczywiście nie wzięło się to z przypadku. Ogromnym fanem pracy nad mentalnością drużyny jest trener Andrius Lipskis. Patrząc na dotychczasowe wyniki, myślę, że to wspólne napędzanie się, wpajanie mentalności zwycięzcy i dobór odpowiednich ludzi wewnątrz klubu są kluczowe.
Jak wygląda klub od środka? To bardziej rodzinne, lokalne środowisko czy już w pełni profesjonalna organizacja?
Dla mnie Džiugas to przede wszystkim klub z rodzinną atmosferą. Mimo że wszystko jest prowadzone profesjonalnie i każdy zna swoje obowiązki, czuć tutaj bardzo dobrą, bliską relację między zawodnikami, sztabem i ludźmi pracującymi w klubie. Nie ma niepotrzebnego dystansu, każdy jest otwarty i chętny do pomocy. Myślę, że to jedna z największych zalet tego miejsca. Dzięki temu łatwiej skupić się na piłce i szybko poczuć się częścią drużyny.
Czy w mieście czuć, że klub robi coś dużego? Ludzie rozpoznają zawodników, zaczepiają na ulicy, interesują się wynikami?
Tak, zdecydowanie widać i czuć, że klub idzie w dobrym kierunku. Coraz więcej osób interesuje się drużyną, pojawia się więcej kibiców na meczach i więcej rozmów o piłce na mieście. To zawsze jest najlepszy sygnał, że coś fajnego się buduje.
Więc jak wygląda dzień meczowy w Telszach? To lokalne święto czy raczej kameralny mecz dla najwierniejszych kibiców?

Dzień meczowy w Telšiai ma raczej kameralny, ale bardzo lokalny i autentyczny charakter. To nie jest duże, masowe wydarzenie jak w większych miastach, tylko coś bardziej swojego, gdzie większość osób się zna i naprawdę żyje tym spotkaniem. Jednocześnie widać, że dla kibiców to ważny moment tygodnia. Przychodzą całe rodziny, są lokalni sympatycy i czuć, że mecz Džiugasa to dla miasta pewnego rodzaju małe święto. Ta atmosfera jest może mniej spektakularna, ale bardzo szczera i bliska drużynie. Po każdym meczu na boisko wbiegają dzieci, które proszą o zdjęcia oraz podpisy i przeżywają z nami emocje. Wszyscy żyjemy ze sobą bardzo blisko.
W Polsce nawet niedzielny kibic zna Legię, Lecha czy Widzew. A czym dla Litwinów jest Džiugas? Jaka to marka w kraju?
W żargonie piłkarskim wierzę, że to klub z którym nikt nie chce na Litwie grać. Džiugas jest mocno związany z Żmudzią, czyli regionem o bardzo silnej tożsamości i lokalnej dumie. Dla wielu mieszkańców klub jest czymś więcej niż tylko drużyną – jest symbolem regionu i miejscem, z którym można się utożsamiać.
Gdyby Džiugas zdobył mistrzostwo Litwy — do czego jesteście na najlepszej drodze — jak duża byłaby to historia dla klubu i miasta? Sensacja, historyczny sukces, spełnienie marzeń?
To klub, który po cichutku — w każdym kolejnym sezonie — robi krok po kroku naprzód. Dla klubu byłoby to spełnienie wieloletniej pracy i potwierdzenie, że konsekwentny rozwój i dobra organizacja mogą przynieść coś naprawdę dużego. W skali kraju na pewno byłaby to jedna z większych historii ostatnich lat w litewskiej piłce.
Z kim trzymasz się najbliżej w zespole? Czy jest w szatni ktoś, kto szczególnie pomógł Ci w adaptacji?
Z każdym mam dobry kontakt i wszyscy trzymamy się razem. Często spotykamy się poza treningami w czasie prywatnym. Ja nie miałem problemu z aklimatyzacją. Od początku złapałem ze wszystkimi dobre relacje, natomiast jeśli miałbym kogoś wyróżnić, to naszego kapitana Lukasa Ankudinovasa. Byłem w wielu drużynach, ale tak zaangażowanego i oddanego kapitana szatni nie pamiętam. W moich pierwszych dniach w Telszach, kiedy miałem jakikolwiek problem, zawsze mogłem na niego liczyć.
Żadnego problemu z aklimatyzacją? A co z językiem, kulturą, codziennym życiem?
Nie miałem żadnych problemów, serio. Od pierwszego dnia na Litwie czułem się dobrze. Dzisiaj Litwa jest moim domem. Nie myślę tylko o teraźniejszości, ale również o ewentualności pozostania na Litwie po karierze. To chyba samo w sobie pokazuje, jak dobrze mi się tu żyje i jak się tu czuję.
Jakimi ludźmi są Litwini z Twojej perspektywy? Jak czujesz się w ich towarzystwie?
W codziennym życiu są pracowici, cenią sobie porządek i swoją przestrzeń. Oprócz tego zawsze są dumni ze swojego kraju i swojej kultury. Ja nigdy nie mam wielkiego problemu z odnajdowaniem się w nowym towarzystwie.
W Riteriai byłeś kapitanem. Jak Polak zostaje kapitanem litewskiego klubu?
Po awansie do Toplygi z Riteriai, z klubu odszedł dotychczasowy kapitan drużyny, Armantas Vitkauskas. Drużyna przeprowadziła głosowanie na nowego kapitana i… padło na mnie. Nic wyjątkowego w tej historii nie ma. Tak samo nie robiłbym wielkiej historii z tego, że Polak został kapitanem w litewskim klubie. Twoje pochodzenie nie ma nic do rzeczy.
Czy są rzeczy, które na Litwie robi się prościej, spokojniej, bez tego polskiego piłkarskiego hałasu?

W życiu prywatnym powiedziałabym, że wszystko jest identyczne jak w Polsce. Jeśli chodzi o profesjonalny sport, to jest więcej takiego pospolitego luzu. Twoja ocena ogólna polega na tym, jakim człowiekiem jesteś, jak wyglądasz w treningu i jaki poziom prezentujesz w meczu. Nikt nie interesuje się tym, co robisz w życiu prywatnym.
Mógłbyś opowiedzieć o nietypowej historii związanej ze swoim pierwszym klubem na Litwie?
W tamtym sezonie byłem piłkarzem klubu, który w tym miesiącu został usunięty z Toplygi – FK Riteriai. Z opowieści o tym klubie, napisałbym zapewne książkę. Aczkolwiek jest to historia dramatu ludzi, którzy byli w klubie w tym czasie, powiedzmy, powolnego upadku. Jeszcze nigdy w życiu — w tak krótkim czasie — nikt nie sprezentował mi tylu kłamstw i wymówek odnośnie zaległych pensji. Historia Riteriai, mam nadzieję, będzie nauką dla wszystkich. Ostatnim ciemnym rozdziałem w historii tej ligi, która, jak mówiłem wcześniej, robi duży progres z roku na rok.
Czy litewskie kluby interesują się polskimi zawodnikami? Czy dla piłkarzy z Polski to może być realny kierunek?
Myślę, że to nie do końca pytanie do mnie. Trzeba byłoby zapytać ludzi, którzy działają wewnątrz klubów. Ja prywatnie uważam, że piłkarzom z Polski jest po prostu dobrze w Polsce. Są kluby, które nawet na niższych poziomach rozgrywkowych proponują bardzo dobre pieniądze i zawodnicy nie czują potrzeby wyjazdu. Każdy pisze swoją historię i decyduje o swoim losie i życiu.
Jak Twoi koledzy z szatni oceniają polską Ekstraklasę? Jest dla nich dużą ligą?
Myślę, że to tak samo jakby zapytać koszykarza Anwilu Włocławek czy nie chciałby grać w Kauno Žalgiris lub Rytasie.
Który rywal, zawodnik, stadion albo wyjazd w Toplydze zrobił na Tobie największe wrażenie?
Najlepiej wspominam mecz 1. kolejki tego sezonu z Žalgirisem w Wilnie. Pierwsze kolejki sezonu rozgrywane są w całości w krytych arenach ze względu na surową pogodę na zewnątrz. Spotkanie rozgrywane było więc w Sportimie w Wilnie. Świetna atmosfera, pełny obiekt, przed meczem hymn Litwy a cappella odśpiewany przez kibiców i wygrana 3:2, mimo że dwukrotnie Žalgiris prowadził.
Czy jest w tej lidze zawodnik, który Twoim zdaniem błyszczałby Polsce, a polscy kibice kompletnie go nie znają?
Ibrahim Cisse.
Gdy reprezentacja Polski grała z Litwą i była to dla nas trudniejsza przeprawa, niż wielu kibiców zakładało, spodziewałeś się tego? Czy polskim kibicom umyka progres litewskiej piłki?
Nie ma co ukrywać: w obu spotkaniach eliminacyjnych to Polska była zdecydowanym faworytem. Tak jak spodziewałem się cięższego meczu w Kownie, tak nie spodziewałem się aż tak dobrego meczu reprezentacji Litwy w Warszawie. Co do progresu litewskiej piłki, to myślę, że trochę tak. W Polsce wciąż wiele osób ma obraz litewskiej piłki sprzed kilku czy kilkunastu lat. Kiedy przyjedziesz tutaj na dłużej i zobaczysz, jak funkcjonują kluby i jak liga się rozwija, to naprawdę można się pozytywnie zaskoczyć. Oczywiście jest jeszcze sporo do zrobienia, ale progres jest widoczny i moim zdaniem nie wszyscy w Polsce go dostrzegają.
Co powiedziałbyś piłkarzowi z Polski, który dostał ofertę z Litwy i ją rozważa?
Powiedziałbym, że każdy jest kowalem własnego losu i musi zadecydować sam.
Gdybyś mógł zaszczepić w polskim futbolu jedną rzecz, z którą spotkałeś się na Litwie, co by to było?
Więcej cierpliwości do budowania czegoś krok po kroku. Na Litwie często patrzy się długofalowo, a nie tylko na wynik następnego meczu. Džiugas Telšiai jest tego świetnym przykładem.
Czy po dobrym sezonie w Toplydze rozważałbyś powrót do Polski, czy dziś patrzysz na swoją karierę już szerzej niż tylko przez pryzmat polskiego rynku?
Szczerze mówiąc, w ogóle o tym nie myślę. Całą swoją uwagę skupiam na obecnym sezonie i na Džiugasie. Co będzie w przyszłości? Czas pokaże. W piłce wiele rzeczy zmienia się bardzo szybko, więc nie ma sensu dziś wybiegać tak daleko, natomiast w głowie ciężko mi sobie wyobrazić powrót do Polski. Jestem raczej otwarty na nowe wyzwania.
Mówicie głośno w szatni o mistrzostwie kraju i potencjalnych występach w europejskich pucharach w przyszłym sezonie?

Przed nami długa droga, ale kto zabroni nam marzyć i wierzyć? Ten sezon w Europie szczególnie pokazuje, że można walczyć o najwyższe cele, nie będąc faworytem. W Szkocji blisko tytułu było Hearts, w Austrii mistrzem został LASK Linz, w Szwajcarii beniaminek – FC Thun. Dlaczego Džiugas miałoby nie powalczyć o mistrzostwo czy europejskie puchary?
Słusznie. A gdybyś mógł wybrać dowolny klub na świecie, w którym mógłbyś rozegrać jeden sezon, który byś wybrał?
AS Roma.
Na zakończenie — gdybyś mógł przekazać jedną rzecz swojej 15-letniej wersji, zanim kariera rozkręciła się na dobre, co by to było?
Powiedziałbym sobie, żeby mieć więcej odwagi w podejmowaniu decyzji i nie próbować za wszelką cenę spełniać oczekiwań innych
