Pożar ugaszony, co dalej? Podsumowanie sezonu Legii Warszawa
Pierwsza część sezonu w Warszawie zapowiadała tragedię. Na zimową przerwę Legioniści jechali, będąc w strefie spadkowej. Ale tuż przed świętami pojawił się promyk nadziei — Marek Papszun. Do czego doprowadziła zmiana trenera i jakie były najważniejsze momenty tego sezonu w Legii?
Przebudowa latem
Sezon w Legii zapowiadał się obiecująco. Topowe (na papierze) transfery, doświadczony szkoleniowiec, gra w europejskich pucharach i wygrany na start sezonu Superpuchar w Poznaniu. Co mogło pójść nie tak? A no okazuje się, że wszystko. Jeszcze latem obok „topowych” transferów nie obyło się bez wyprzedaży topowych zawodników. Ryoya Morishita, Maxi Oyedele, Jan Ziółkowski, czy nawet Marc Gual to byli kluczowi zawodnicy w zeszłym sezonie. A kto ich zastąpił latem? Kacper Urbański, który zupełnie zniknął w tym sezonie. Damian Szymański, który jest oczywiście doświadczonym zawodnikiem, ale jednak ma już swoje lata i czasem nie nadąża. Kamil Piątkowski, który miał wzloty i upadki. No i finalnie wielki następca Marca Guala — Mileta Rajović. O braku skuteczności napastnika, ściągniętego z Anglii za miliony można pisać przyśpiewki, a jego forma to wielka bolączka warszawiaków.

Do tego Iordanescu jeszcze latem okazał się nie tylko doświadczonym, ale też marudnym trenerem. Mimo olbrzymiej ilości transferów (10 transferów przychodzących), będących w dużej części zrobionych po jego myśli (wysocy, fizyczni zawodnicy) Rumun nadal nie był zadowolony z kadry. Poza wymienionymi wyżej zawodnikami do klubu przyszli również: Henrique Arreiol, Antonio Colak, Arkadiusz Reca, Petar Stojanović, Noah Weisshaupt i Ermal Krasniqi. To i tak nie pasowało szkoleniowcowi, który w Warszawie był wiecznie niezadowolony. I to mimo dobrych wyników na początku sezonu i awansu do Ligi Konferencji. Awansu, który później okazał się zabójczy.
Krwawa jesień
Do pierwszego meczu w Lidze Konferencji nastroje w Legii może nie były idealne, ale wydawało się, że wszystko idzie powoli w dobrym kierunku. Maszyna powoli się nastrajała, a przegrany mecz, z mocną wtedy Cracovią, był uważany za efekt uboczny gry na dwóch frontach i ciężkiego meczu z Hibernianem 3 dni wcześniej. Później przyszło łatwe zwycięstwo w meczu przyjaźni z Radomiakiem, dwa wyrównane remisowe mecze z Rakowem i Jagiellonią i zwycięstwo z Pogonią. Drużyna jakoś działała i naoliwiała się mimo ciągłych narzekań i kontuzji Nsame odniesionej w meczu z Cracovią. Do czasu.

Do czasu aż nadszedł pierwszy mecz fazy ligowej Ligi Konferencji. Wtedy to, w konfrontacji z Samsunsporem, trener Iordanescu wpadł na szalony pomysł wystawienia pełnej jedenastki rezerwowych. Na boisko od pierwszej minuty w tym spotkaniu nie wyszedł żaden z zawodników, ogrywającej się do tej pory w meczach ligowych jedenastki. O co chodziło szkoleniowcowi? Tego się do tej pory nie dowiedzieliśmy, a Legia mimo niezłej jak na ten sezon gry przegrała ten mecz po błędzie obrony. I od tego momentu drużyna zaczęła iść w dół. Co prawda w Lidze Konferencji wygrali trzy tygodnie później z Szachtarem (po bohaterskiej końcówce Augustyniaka), ale w Ekstraklasie pod wodzą Rumuna nie wygrali już żadnego meczu. I co chyba najważniejsze w perspektywie przegranego sezonu — odpadli z Pucharu Polski. Pucharu, który jak rok wcześniej mógł im dać jedyne poważne trofeum w sezonie.
Coraz zimniej
Po meczu w Pucharze Polski trener Iordanescu podał się do dymisji. Legia była pod ścianą. Czasu na znalezienie nowego szkoleniowca na teraz nie było, więc władze sięgnęły po najprostszą opcję — pierwszym trenerem został dotychczasowy wieloletni asystent kolejnych szkoleniowców — Inaki Astiz. I choć wszyscy w Warszawie darzyli Hiszpana sympatią za czasy, w których grał w klubie i za jego pozytywną postać to, umówmy się, nie był to materiał na trenera drużyny takiej jak Legia Warszawa. I efekty tego szybko były zauważalne.

Pierwszy mecz hiszpańskiego szkoleniowca nie był najgorszy. Legia po wyrównanym meczu zremisowała w klasyku z Widzewem na wyjeździe. Ale później z kolejki na kolejkę było coraz gorzej. Po tym spotkaniu warszawska drużyna zaliczyła serię 8 meczów (na obu frontach) bez zwycięstwa. Wliczają się w to 3 porażki w Lidze Konferencji, tyle samo porażek w Ekstraklasie i 2 remisy także w rozgrywkach krajowych. W tym czasie, Inaki został najgorzej punktującym trenerem Ekstraklasy w tym sezonie, zdobywając jedynie 3 punkty w 6 meczach. Pierwsze i jedyne zwycięstwo pod jego wodzą Legia zaliczyła dopiero w ostatnim spotkaniu roku, z gibraltarskim Lincoln Red Imps. W spotkaniu, które było przysłowiowym „meczem o świeczkę”. Ale już następnego dnia kibice Legii dostali przedwczesny prezent świąteczny.
Zbawiciel prosto z Częstochowy
O największym transferze trenerskim w polskiej piłce mówiono już od momentu odejścia Iordanescu. Obie strony były bardzo zainteresowane tą współpracą, obie też mocno na nią naciskały. Lecz łatwo nie było. Raków nie był chętny wypuścić swojego trenera. Codziennie dostawaliśmy skrajne informację z różnych stron. Jednego dnia strony były już dogadane, drugiego pojawiały się problemy. Aż w końcu, 19 grudnia, słowo ciałem się stało i Marek Papszun przejął warszawską drużynę. Drużynę która wydaję się była jego wymarzoną. Tak samo jak on był wymarzonym trenerem dla Legii w tym momencie.

Warszawski szkoleniowiec zaczął pracę od 1 stycznia i od razu zaczął porządki. Zatrudnił swój sztab, pozbył się większości starego i odprawił z kwitkiem Noaha Weisshaupta, który jesienią nie istniał. Sprowadził też dwóch piłkarzy, którzy później okazali się kluczowi w maszynie Papszuna — Rafała Adamskiego i Otto Hindricha. Pierwszy został najlepszym strzelcem Legii na wiosnę, drugi wybronił niejeden mecz, dając pewność której nie dawał Kacper Tobiasz.

Kampania Marka Papszuna zaczęła się od falstartu. Pierwszy wyjazd wiosną, do Kielc, to porażka z Koroną po bramce Mariusza Stępińskiego w ostatnich minutach. Ale po tym meczu wszystko w Warszawie zaczęło działać lepiej i Legia przegrała już tylko jeden mecz wiosną. Co prawda była to sromotna porażka 4:0 z Lechem Poznań, ale patrząc na pierwszą połowę sezonu i porażkę nawet z Termaliką, był to progres. Legia Papszuna wiosnę zakończyła z bilansem 8 zwycięstw, 6 remisów i 2 porażek, będąc jednocześnie drugą najlepiej punktującą w tej rundzie drużyną ligi, zaraz po mistrzowskim Lechu.
Ba, mimo zajmowania po rundzie jesiennej przedostatniego miejsca Warszawiacy otarli się o grę w eliminacjach do europejskich pucharów. Piąte miejsce, dające ten przywilej, stracili na rzecz GKSu dopiero w ostatnich minutach meczu ostatniej kolejki pomiędzy drużyną z Katowic a Pogonią. Tym samym, Legia zakończyła tegoroczną kampanię na 6. miejscu. Miejscu, które w grudniu mogło być tylko mrzonką.
Kogo chwalić, a kogo zganić?
Ten sezon Ekstraklasy, to zdecydowanie kampania w której liga miała kilka gwiazd. Bartosz Nowak, Ali Gholizadeh, Luis Palma to tylko kilka z nazwisk, które decydowały o sile swoich zespołów. A jak to wyglądało w Warszawie? No właśnie brakowało jednej „dużej” postaci w szatni. Brakuje jej de facto od odejścia Josue, ale to swoją drogą. Moim zdaniem na pochwałę zasługują jednak Jurgen Elitim i Radovan Pankov. Od tej dwójki zawodników było widać bijące doświadczenie. Oprócz nich oczywiście zawodnicy których pochwaliłem już akapit wyżej, czyli Rafał Adamski i Otto Hindrich, którzy odmienili wygląd Legii na wiosnę. Na pochwałę mimo wszystko zasługuję też formacja defensywna Legii — najlepsza obrona ligi pod względem straconych bramek (tylko 37).

Jeżeli chwalę defensywę, to ofensywę muszę zdecydowanie zganić. Legia nie potrafiła wykorzystywać w tym sezonie tworzonych przez siebie akcji. Piłkarze momentami zapominali chyba, że piłka musi wlecieć do bramki i ich akcje kończyły się przed polem karnym, zamieniając się w serię podań w środku boiska i wycofań. A nawet jeśli wchodziły w pole karne, to nie miał ich kto wykorzystać.
Mileta Rajović, to zdecydowanie flop transferowy. Piłkarz kupiony przez Legię za 3 miliony euro zdobył zawrotną liczbę 10 bramek w 43 meczach. Dla porównania — kontuzjowany przez większość sezonu Jean Pierre Nsame zdobył taką samą liczbę bramek, ale w 18 meczach. Duński napastnik jest zdecydowanie problemem Legii. W roli kapitana nie do końca sprawdził się też Bartosz Kapustka. Lubię tego piłkarza, ale ten sezon to spadek jego formy w porównaniu z zeszłym. Podobny regres zaliczył Ruben Vinagre, rekordowy transfer zeszłego roku. Wypadł z podstawowego składu Legii przez słabą grę, później przez większość wiosny był kontuzjowany. W tym sezonie zaliczył tylko DWIE asysty. Przypomnę, że mówimy o zawodniku, który rok wcześniej był najlepszym asystentem fazy ligowej Ligi Konferencji i zachwycał Europę.
Moja ocena i co dalej
Był to niesamowicie zwariowany sezon w Warszawie, który na szczęście dla Warszawiaków, zakończył się bezpiecznym lądowaniem. Tegoroczne rozgrywki można podsumować jako drogę z piekła do czyśćca, bo do nieba w Warszawie jeszcze daleko. Sezon zapowiadał się przełomowo, a gdyby nie Marek Papszun, to mogło dojść do tragedii. I to właśnie warszawski szkoleniowiec jest najważniejszą postacią tego sezonu. I postacią, która może Legii pomóc budować przyszłość.
Oczywiście drużynę czeka dużo zmian. Już dziś wiemy, że z klubu odejdzie dwóch zawodników, których wcześniej nazwałem kluczowymi (Pankov i Elitim). Do tego Tobiasz i Patryk Kun, który, pod wodzą trenera z którym pracował przecież już w Rakowie, trochę rozwinął skrzydła. A to na pewno niejedyne zmiany w tym okienku. Marek Papszun to odpowiednia osoba do bycia w klubie przy takich zmianach. Jeżeli dostanie odpowiednich piłkarzy i czas latem, aby przystosować ich do swojej koncepcji, Legia już w przyszłym sezonie może ponownie liczyć się w grze o najwyższe miejsca. Ale dużo zależy też od władz klubu…

https://shorturl.fm/VNO3k
https://shorturl.fm/PB6MX
https://shorturl.fm/U7BlK
https://shorturl.fm/gZYai
https://shorturl.fm/gZYai