„Każdego dnia chcę być o procent lepszy” – wywiad z Bartoszem Szczepankiewiczem
Bartosz Szczepankiewicz przeszedł drogę z Akademii Reissa w Poznaniu do pierwszego zespołu Lechii Gdańsk, a szansę, która przybliżyła go do profesjonalnej piłki, otrzymał zaledwie dwa dni przed wylotem na obóz w Dubaju. Dziś walczy o kolejne minuty na boiskach Betclic 1. Ligi, nie ukrywając, że najważniejsze są dla niego regularna gra, rozwój i pomoc Lechii w powrocie do Ekstraklasy. W rozmowie z PolskaGola.Info opowiada o kulisach swojej kariery, debiucie w najwyższej klasie rozgrywkowej, wypożyczeniu do Sokoła Kleczew, pracy z trenerami oraz podejściu do piłki i życia poza boiskiem.
Twoja piłkarska kariera zaczęła się w Wielkopolsce, co było naturalną drogą ze względu na Twoje rodzinne strony. Kto Cię wypatrzył i jakie były kulisy Twoich przenosin do Gdańska?
Zaczynałem swoją przygodę z piłką w Akademii Reissa w Poznaniu. To tam zaczęły się pojawiać pierwsze poważne myśli o profesjonalnym graniu w piłkę. W okresie liceum przeniosłem się z rodzinnego domu w Koninie do akademika. Stworzyliśmy tam dosyć mocną grupę i byliśmy w stanie rywalizować z najmocniejszymi drużynami w naszym roczniku. Pewnego dnia trener z Akademii powiedział mi, że przyszło zaproszenie na testy do Lechii Gdańsk. Pojechałem tam na tydzień, dobrze się pokazałem i tak właśnie tam trafiłem.
A co musiałeś zostawić za sobą, kiedy jako nastolatek trafiłeś do Gdańska? Jak wyglądała Twoja aklimatyzacja w nowym miejscu? Był ktoś, kto w szczególny sposób ułatwił Ci wdrożenie się w nowe środowisko?
To był dla mnie bardzo trudny okres. Musiałem wyprowadzić się jeszcze dalej od domu, opuścić kolegów i przyjaciół, z którymi bardzo się zżyłem w Poznaniu. Stworzyliśmy tam bardzo zgrany zespół i kolektyw, dlatego ciężko było mi to zostawić za sobą. Zawsze miło wspominam tamte czasy i mam ogromny sentyment do samego miasta. Zawsze chętnie wracam do Poznania. Wiedziałem jednak, że jeżeli chcę poświęcić się temu sportowi, muszę iść dalej i się rozwijać. W tej sytuacji najbardziej pomógł mi trener Maciej Megger, który trenował mnie, kiedy przenosiłem się do Lechii. To również on przekonał mnie do wyboru właśnie Gdańska.
Jeśli chodzi o trenerów, Łukasz Gajowniczek, trener Lechii U-19, wypowiadał się o Tobie w samych superlatywach. Stawiał Cię za wzór i mocno podkreślał Twoją sumienność oraz gotowość do ciężkiej pracy. Czy to właśnie te cechy zadecydowały o Twojej roli kapitana w drużynie młodzieżowej? Jak się czułeś w tej roli? Jak zostałeś kapitanem? Była to decyzja trenera czy głosowanie w szatni?
Mogę śmiało powiedzieć, że do tej pory miałem szczęście do trenerów w swojej przygodzie z piłką. Poznałem trenera Łukasza, gdy przejmował zespół U-19 w CLJ. Od razu wprowadził swoje zasady dotyczące treningów oraz stylu gry. Odbyłem z nim rozmowę przed startem sezonu, którą bardzo dobrze zapamiętałem. Powiedział mi, że oglądał moje mecze i treningi jeszcze w starszych rocznikach, że bardzo podoba mu się moja etyka pracy i że chciałby, żebym został kapitanem. Oczywiście się zgodziłem i wiedziałem, że muszę zrobić wszystko, żeby drużyna osiągnęła jak najlepszy rezultat. Zawsze uważałem się za osobę pracowitą. Takie wartości wpoili mi moi rodzice. Wiem, że bez tego bardzo trudno jest osiągnąć swój cel. Wychodzę z założenia, że jeżeli coś robisz w życiu, musisz robić to na sto procent.

A jakim kapitanem byłeś? Bardziej spokojnym, który daje przykład, czy takim, który potrafi podnieść głos?
Poza boiskiem byłem bardzo spokojny. Starałem się być otwarty i miły dla każdego. Gdy pojawiała się nowa osoba, zawsze wyciągałem pomocną dłoń, starałem się ją poznać i pomóc, bo sam wiem, jak czasem ciężko jest w młodym wieku przenosić się do innego klubu. Jednak na boisku czy treningu potrafiłem bardzo się denerwować i podnosić głos. Wynikało to z mojej ambicji, ale również z tego, że bardzo zależało mi na tej drużynie i czułem się za nią odpowiedzialny. Z perspektywy czasu wiem, że w niektórych sytuacjach byłem zbyt impulsywny i w ten sposób nie pomagałem drużynie. Jednak nie każdy jest idealny. Należy patrzeć na siebie, swoje zachowanie i wyciągać wnioski.
W juniorach Lechii regularnie pojawiali się piłkarze, którzy dobrze rokowali i którym wróżono niezłe kariery. Rzeczywistość jednak często okazywała się trudniejsza, bo wielu z nich nie zdołało wywalczyć sobie miejsca w pierwszym zespole i odchodziło z klubu po wygaśnięciu kontraktu. Tobie się udało. Czemu to zawdzięczasz? Swojej determinacji i etyce pracy? Jak wyglądała rywalizacja o profesjonalny kontrakt? Czy w drużynie U-19 nawiązałeś jakieś przyjaźnie na całe życie? Z kim trzymałeś się najbliżej?
Sam uważam, że bardzo wielu chłopaków miało ogromny potencjał, a jednak nie udało im się trafić nigdzie wyżej. Ciężko odpowiedzieć bezpośrednio na to pytanie, ale uważam, że w piłce okres trzech–czterech miesięcy to czas, w którym możesz zmienić swoje życie o 180 stopni. U mnie złożyło się na to parę czynników. Jednym z nich był obóz w Dubaju z pierwszą drużyną, o którym dowiedziałem się dwa dni przed wylotem. Dyrektor sportowy zadzwonił do mnie i powiedział: „Przygotuj się, bo pojutrze wylatujesz. Potraktuj to jako szansę”.
Tam bardzo sumiennie przepracowałem cały obóz, zagrałem w sparingu i zapadłem w pamięć właścicielowi klubu, który odbył ze mną rozmowę. Z jednej strony mogę powiedzieć, że miałem szczęście, bo akurat na mnie trafiło. Z drugiej strony musiałem być na to gotowy i sprostać temu wyzwaniu.
Jeśli chodzi o drugą część pytania, to tak, nawiązałem przyjaźnie również w Gdańsku. Spędziłem dwa lata w Akademii i mógłbym wymienić kilka osób, z którymi się zżyłem. Jednak w tym czasie najbardziej stałą i trwałą relację, którą utrzymuję do dziś, zbudowałem z Jankiem Jędrzejczakiem, bramkarzem, z którym grałem najpierw w Poznaniu, a później w Gdańsku. Nasze piłkarskie ścieżki się przecinały, więc uważam, że miało to również wpływ na trwałość tej relacji.
Odbyłem też rozmowę z właścicielem klubu, Paolo Urferem, w trakcie obozu. Codziennie przyglądał się naszym treningom. Pamiętam tamten moment i mimo że potrafię rozmawiać po angielsku, sama jego obecność i to, że chciał ze mną porozmawiać, sprawiły, że bardzo się zestresowałem. Wiedziałem też, że nie chce ze mną rozmawiać bez przyczyny. Okazał się bardzo miłym i wyrozumiałym człowiekiem. Nawet jeśli przez stres mój angielski nie był idealny — bardzo miło wspominam tamtą rozmowę.

W maju 2025 roku podpisałeś pierwszy profesjonalny kontrakt. Pamiętasz, komu jako pierwszemu przekazałeś tę wiadomość i jak wyglądał tamten dzień?
Tak, pamiętam tamten dzień bardzo dobrze. Gdy dowiedziałem się, że Lechia chce podpisać ze mną pierwszy kontrakt, od razu zadzwoniłem do rodziców i dziewczyny, żeby im o tym powiedzieć. Oczywiście bardzo się cieszyłem, jednak z mojej perspektywy, jeśli ktoś zna mnie prywatnie, wie, że do tego typu rzeczy podchodzę na chłodno. Zdaję sobie sprawę, że kiedy pojawia się szansa, na którą bardzo ciężko trenujesz, tym bardziej czuję, że nie możesz zawieść przede wszystkim samego siebie i musisz udowodnić, że jesteś w stanie osiągnąć jeszcze więcej. Może dlatego nie był to dla mnie moment bezgranicznej euforii.
W takim razie – czy był moment, w którym poważnie zwątpiłeś w to, że uda Ci się przebić do seniorskiej piłki?
Sądzę, że każdy sportowiec miewa takie momenty zwątpienia. To naturalna kolej rzeczy. Czasem coś nie wychodzi na boisku, innym razem pojawiają się jakieś problemy pozaboiskowe. Jednak kluczem w tym wszystkim jest to, jak na to zareagujesz i jak Twoja głowa sobie z tym poradzi. Dlatego uważam, że topowi sportowcy nie tylko posiadają najlepsze umiejętności, ale też mentalnie są po prostu mocniejsi od pozostałych.
Kiedy zacząłeś coraz częściej przebywać w szatni pierwszego zespołu Lechii, był ktoś, od kogo mogłeś podpatrzeć, jak powinien zachowywać się lider drużyny? Ktoś też zaraża takim mocnym mentalem? Był ktoś, z kim szczególnie łatwo nawiązałeś pozytywne relacje?
Zawodnikiem, który zrobił na mnie największe wrażenie, był Ivan Želizko. Być może zwróciłem na niego największą uwagę, ponieważ grał na mojej pozycji i starałem się jak najwięcej wynosić z obserwowania go. Poza boiskiem był jednak raczej spokojną osobą, która nie mówi zbyt wiele, tylko robi swoje i wykonuje swoją pracę. Za to na boisku przemawiały jego umiejętności, co bardzo mi się podobało.
Czyli to właśnie jego głównie podglądasz? Czy masz może jeszcze jakiegoś idola grającego na swojej pozycji, na którym się wzorujesz?
Jeśli chodzi o zawodnika, którego miałem okazję oglądać i z którym grałem na co dzień, to jak najbardziej bardzo dużo się od niego uczyłem. Jednak zawodnikiem, którego oglądam w telewizji i którego sposób poruszania się oraz styl gry na mojej pozycji zawsze obserwuję, jest Gravenberch z Liverpoolu, ponieważ od dziecka jestem fanem tego klubu.

Zadebiutowałeś w Ekstraklasie we wrześniu 2025 roku, podczas meczu z Koroną Kielce. Wiedziałeś wcześniej, że właśnie w tym spotkaniu dostaniesz taką szansę? Co pamiętasz z momentu, w którym trener kazał Ci wejść na boisko?
Nie miałem pojęcia, że w tym meczu zaliczę swój debiut. Pamiętam, że cały ten tydzień był bardzo intensywny, bo dopiero co, w środku tygodnia, zadebiutowałem oficjalnie w klubie w Pucharze Polski przeciwko Pogoni Grodzisk Mazowiecki, a parę dni później zagrałem w Ekstraklasie. W ciągu jednego tygodnia sporo się więc wydarzyło. Nie pamiętam dokładnie, jakie uczucie towarzyszyło mi, kiedy trener zawołał mnie z ławki. Na pewno serce zaczęło mi szybciej bić i czułem ekscytację, że spełniam swoje marzenie.
Czy po takim debiucie myśli się przede wszystkim o tym, że spełniło się marzenie, czy raczej o tym, jak szybko dostać kolejną szansę?
Uważam, że był to moment i sygnał, że trener mnie docenił, a ja uwierzyłem, że to, co robię, idzie w dobrym kierunku. Jednak w mojej głowie od razu pojawiła się myśl, co jeszcze mogę zrobić, żeby dostać więcej minut.
Jak wspominasz współpracę z Johnem Carverem? W polskich mediach przylgnęła do niego łatka uśmiechniętego, spokojnego, ale i wymagającego trenera. A jak Ty go zapamiętasz?
Tak jak powiedziałeś. To bardzo doświadczony trener, co dało się odczuć. Potrafił zdejmować presję z zawodników. Był wymagający na boisku, a jeszcze bardziej poza nim. Miał też swoje określone zasady, których nie można było łamać. Jedną z nich było to, że to, co dzieje się w szatni, zostaje w szatni.

Drugą połowę poprzedniego sezonu spędziłeś na wypożyczeniu w Sokole Kleczew. Jak wyglądały kulisy tej decyzji? Czy od początku uważałeś, że to najlepsze rozwiązanie dla Twojego rozwoju? A może była to dla Ciebie najkorzystniejsza opcja, by zachować rytm meczowy, a jednocześnie spędzić te pół roku blisko rodzinnych stron?
Tak, sądzę, że te czynniki, o których wspomniałeś, czyli przede wszystkim zachowanie rytmu meczowego, miały duży wpływ na wybór Sokoła. Już po podpisaniu kontraktu z Lechią pojawił się pomysł, żeby od razu udać się na wypożyczenie do Kleczewa. Postanowiłem jednak zostać jeszcze pół roku w Gdańsku i zdobyć trochę doświadczenia na poziomie Ekstraklasy. Dlatego do Sokoła trafiłem dopiero w zimowym okienku transferowym.
Jak oceniasz strukturę i funkcjonowanie Sokoła Kleczew? Jak się tam odnalazłeś?
Oczywiście struktura i funkcjonowanie klubu były tam na gorszym poziomie niż w Lechii, ale byłem na to przygotowany, co jest normalną sprawą. Uważam, że nic nie dzieje się bez przyczyny i każda decyzja ma swoje konsekwencje. Nie chcę mówić, że wybór Kleczewa był błędem, ale byliśmy w kryzysie – bodajże przegraliśmy dziewięć meczów z rzędu. Nasza gra pozostawiała wiele do życzenia, a rotacji w składzie było dużo. Jednak finał tej historii był szczęśliwy. Utrzymanie się w drugiej lidze, biorąc pod uwagę możliwości tego klubu, uważam za duży sukces. Z czasem traktuję ten pobyt jako coś, co ma mnie umocnić jako piłkarza i człowieka, nawet jeśli nie pod względem piłkarskim, to właśnie mentalnym.
Utrzymanie Sokoła w Betclic 2. Lidze nie należało do najłatwiejszych zadań, a jednak ta misja zakończyła się powodzeniem. Uważasz to za jeden z pierwszych poważniejszych sukcesów w seniorskiej piłce? Na pewno dołożyłeś do tego swoją cegiełkę. Więc może, domykając temat Sokoła: co powiedział Ci trener Tomasz Pozorski, czego wcześniej nie słyszałeś od szkoleniowców w Lechii?
Jest to sukces jak na możliwości klubu, jednak sam tak tego nie traktuję. Wykonaliśmy założony cel. Trzeba zamknąć pewien rozdział i iść dalej, w kierunku wyższych celów.
Trener Pozorski przykładał uwagę do liczb i statystyk, traktował to zero-jedynkowo, a ja osobiście tego nie lubiłem. Myślę, że najlepsze, co wyniosłem z pobytu tam, to zrozumienie wartości własnych umiejętności i rozwijanie pewności siebie.
Porozmawiajmy o obecnym sezonie. Lechia wykaraskała się z ogromnych problemów. Już drugi raz w ciągu zaledwie kilku lat ten zespół odradza się niczym feniks z popiołów. Początki były trudne — kadra była okrojona, a kibice mogli oglądać Cię w zupełnie nowej roli na boisku. Występowałeś tam głównie z konieczności, ale jak się odnalazłeś? A gdybyś usłyszał od sztabu szkoleniowego, że jako środkowy obrońca mógłbyś liczyć na bardziej regularną grę, byłbyś skłonny zmienić pozycję? Dostrzegasz u siebie łatwość adaptacji do innych ról na boisku czy jednak zdecydowanie wolisz walkę w środkowej strefie?
Nie ukrywam, że dużo lepiej czuję się w środku pola. Mam tam większy wpływ na grę i mogę lepiej kontrolować przebieg spotkania. Jestem jednak zawodnikiem zadaniowym i jeżeli trener w tamtym momencie widział mnie na środku obrony i potrzebował mnie na tej pozycji, nie miałem z tym problemu. Musiałem szybko zaadaptować się do nowej roli i zrozumieć jej specyfikę. Nauczyłem się nie narzekać na rzeczy, na które nie mam wpływu. Gdybym miał ponownie zagrać na środku obrony, nie byłoby to dla mnie problemem.
Dostałeś szansę w trzech ostatnich spotkaniach Lechii z rzędu. Każde z nich Twój zespół zakończył z kompletem punktów. To zdecydowanie dobry czas zarówno dla drużyny, jak i dla Ciebie osobiście. Jakie laurki zebrałeś od sztabu szkoleniowego po tych występach? Będziemy częściej widywać Cię na boiskach Betclic 1. Ligi?
Tak, przede wszystkim cieszę się z powrotu na boisko po kontuzji, której doznałem przed startem sezonu. Był to dla mnie ciężki okres, bo tak jak wspomniałeś, nasz skład na początku sezonu był okrojony, a ja nie mogłem w tym czasie pomóc drużynie. Na szczęście rekonwalescencja przebiegła pomyślnie i odkąd wróciłem do składu, w każdym meczu dostaję szansę od trenera. Drużyna też zaczyna funkcjonować coraz lepiej, co widać po wynikach. Przede wszystkim atmosfera wewnątrz zespołu jest bardzo dobra. Czuję, że zarówno mój rozwój, jak i rozwój drużyny idą w naprawdę dobrym kierunku, co jest zasługą trenera i całego sztabu. Sam dużo czerpię z procesu treningowego, fizycznie czuję się bardzo dobrze i zawsze jestem gotowy pomóc zespołowi na boisku.

Jakim trenerem jest Vladyslav Lupashko? Kibice nie pałali optymizmem, gdy odbudowę zespołu pogrążonego w dużym kryzysie powierzono młodemu i niezbyt doświadczonemu trenerowi z Ukrainy. Wyniki drużyny wskazują jednak, że ostatecznie ten wybór się broni. Jak opisałbyś Waszego szkoleniowca w kilku zdaniach? Co go wyróżnia? Jak często rozmawiacie o Twoich indywidualnych występach i jego wizji Twojej ścieżki kariery?
Uważam, że jest to bardzo dobry trener. Przede wszystkim chce grać ofensywną i odważną piłkę. Ma swoją wizję i pomysł na grę, które potrafi przekazać zawodnikom, a także dobrać do nich odpowiednich piłkarzy. Moim zdaniem jego największą zaletą jest to, że poświęca uwagę każdemu zawodnikowi z osobna, dzięki czemu rozwija się cała drużyna, a nie tylko pierwsza jedenastka. Każdy musi rozumieć swoje zadania na boisku zarówno na swojej pozycji, jak i na pozycji kolegi. Bardzo często ustawia nas na innych pozycjach podczas treningów, żebyśmy potrafili się adaptować i rozumieli funkcje poszczególnych ról w systemie, w którym gramy. Poza boiskiem jest bardzo otwarty i nawiązuje z Tobą kontakt nie tylko na linii zawodnik–trener, ale chce też poznać Cię jako osobę.
Jakiś czas temu w jednym z wywiadów wspominałeś, że Twoje najmocniejsze strony to opanowanie, przerzut i rozumienie tempa gry. Jesteś na takim etapie kariery, na którym rozwój umiejętności jest niezwykle dynamiczny. Czy od tamtej wypowiedzi coś się zmieniło? Wskazałbyś dziś inne atuty?
Tak, uważam, że pod względem taktycznym, a także jeśli chodzi o pozycjonowanie się na boisku, zrobiłem duży postęp. To właśnie te aspekty wyróżniłbym jako coś, co bardzo mocno rozwinąłem w ostatnich miesiącach.
Gdzie leży sufit Bartosza Szczepankiewicza? Jakie są Twoje piłkarskie marzenia i wymarzony kierunek rozwoju na przyszłość? Skauci PZPN powinni skrupulatnie śledzić Twój rozwój?
Nie lubię skupiać się na tym, co będzie, tylko na tym, co jest teraz. Tak jak mówiłem, w piłce parę miesięcy to szmat czasu, w którym wszystko może się zmienić. Dla mnie najważniejsze w tym momencie jest rozegranie jak największej liczby minut w Lechii, unikanie kontuzji i wywalczenie z drużyną awansu z powrotem do Ekstraklasy. Kibice na to czekają i na to zasługują. Wiem, że cały czas mogę się rozwijać i mnóstwo rzeczy można wynieść na wyższy poziom. Widzę to po sobie, porównując, jakim zawodnikiem byłem pół roku temu, a jakim jestem teraz. Skupiam się na tym, żeby każdego dnia być chociaż o procent lepszy niż poprzedniego i zobaczymy, dokąd mnie to zaprowadzi.

A jaki jest Bartosz jako człowiek, a nie tylko piłkarz? Jak wygląda Twój zwykły dzień, kiedy nie ma meczu? Co robisz, żeby odpocząć od futbolu? Masz jakieś inne pasje lub zajęcia?
Bardzo lubię spędzać te wolne dni, których jest bardzo mało, z moją dziewczyną, rodzicami i siostrą. To oni najbardziej wspierają mnie na tej drodze i im chcę poświęcać swój wolny czas. Jeśli wracam do domu rodzinnego, to z tatą zawsze mamy taki zwyczaj, że tworzymy listę filmów i seriali, a gdy uda mi się wrócić, wieczorami je oglądamy. Natomiast z dziewczyną bardzo lubimy chodzić na dłuższe, wieczorne spacery nad morze, a także wspólnie piec i gotować.
A tak na zakończenie: co powiedziałbyś wszystkim młodym chłopakom z akademii i zespołów juniorskich, którzy wątpią w sens ciężkiej pracy, a przytłaczają ich rywalizacja i świadomość, że z wielkiego grona dobrze rokujących zawodników wybije się tylko garstka?
Oczywiście przychodzi mi na myśl to, co powiedziałby każdy, czyli: nie poddawajcie się i ciężko pracujcie. Sam również mógłbym się pod tym podpisać, bo bez tego nie da się zostać profesjonalnym sportowcem. Jednak według mnie równie ważne są wiara w siebie i swoje umiejętności, dążenie do wyznaczonego celu oraz pamiętanie o tym, dlaczego się to robi.
