fot. Pogoń Szczecin

Pułapki głośnych transferów w Ekstraklasie

Minione okienka transferowe są rekordowymi dla klubów Ekstraklasy. Polskie zespoły nie boją się sprowadzać rozpoznawalnych nazwisk na arenie międzynarodowej, wykładając na nie stosunkowo duże pieniądze. To wzmacnia konkurencyjność finansową, a także rynkową naszej rodzimej ligi. Jednak sprowadźmy te powszechne zachwyty na ziemię. Głośne nazwisko nie zawsze idzie w parze z poprawą jakościową.

Widzew nie ma pomysłów na wydawanie pieniędzy?

Czy rekord transferowy Ekstraklasy to wyrzucenie 5 milionów w błoto? Niewykluczone, iż ta teza nie znajdzie potwierdzenia, jednak zawodnika, będącego bohaterem tego transferu trzeba traktować z dużym dystansem. Osman Bukari zrobił furorę, przychodząc do Widzewa Łódź za rekordową sumę. Media, eksperci, opinia publiczna — wszystkie te grupy mówiły jedynie o tych zawrotnych pieniądzach, pomijając jakże wartościową informację na temat dyspozycji samego zawodnika.

fot. Widzew Łódź | widzew.com

W ostatnim sezonie strzelił 3 bramki i zaliczył 7 asyst dla klubu Austin FC. Grał dość regularnie, wychodząc w podstawowej jedenastce swojego zespołu. Problem polega na tym, iż nawet dla Amerykanów zaskoczeniem była tak łatwa i owocna transakcja wychodząca. Otóż Bukari wcześniej pobił rekord transferowy Austin, które kupiło go z Crveny Zvezdy za 7 milionów euro. Oczekiwania ogromne, bo Ghańczyk wykręcał naprawdę świetne liczby w lidze serbskiej, a nawet w Lidze Mistrzów.

Tymczasem, jako jeden z tzw. designated players swojej amerykańskiej drużyny nie odstawał poziomem od teoretycznie słabszych jakościowo kolegów z zespołu. Kontrowersją może być więc rekord transferowy zawodnika, który nie jest gwarantem podwyższenia jakości sportowej klubu z Łodzi. Możliwe, iż Widzew nie wie co zrobić z pieniędzmi, wydając na, bądź co bądź, stosunkowo enigmatycznego zawodnika, tak pokaźną sumę.

Wątpliwa renoma Anglika?

Do Pogoni Szczecin latem przyszedł Sam Greenwood — na papierze zawodnik z potencjałem gwiazdorskim. Nagłówki  „Z Premier League do Pogoni”,  „Bomba Transferowa prosto z Anglii” i tym podobne pobudziły oczekiwania kibiców Portowców i innych pasjonatów futbolu w Polsce. Problem polega na tym, iż Greenwood zagrał ostatni mecz w Premier League ponad 2 lata temu, a ostatnio błąkał się na wypożyczeniach na zapleczu angielskiej ekstraklasy.

fot. Mateusz Litra | PolskaGola.Info

Jego ostatnim zespołem był Preston, w którym w 2025 roku nie zaliczył ani jednej asysty, bądź bramki. W Leeds nie dostał nawet szansy w sparingach przedsezonowych. Istnieje duże prawdopodobieństwo, iż ten transfer opłaci się Portowcom z czasem, ale nie oczekujmy od nieskutecznego piłkarza w przeciętnym klubie Championship automatycznego podniesienia jakości w zespole teoretycznie pretendującym do europejskich pucharów. Pogoń jednak jest tak blisko europejskich pucharów, jak Greenwood blisko bycia gwiazdą Premier League.

Koty w worku Pogoni?

To samo można napisać o trzech innych zawodnikach Portowców. Sprawa Benjamina Mendy’ego jest jasna od samego początku i raczej nie można liczyć na znacząca poprawę. Innym, godnym uwagi przypadkiem jest Atilla Szalai — głośne, zasłużone nazwisko dla węgierskiej piłki. Problemem nie jest jednak jego bogate doświadczenie, a ostatnie lata. W 2023 roku niemieckie Hoffenheim kupiło Madziara za ponad 12 milionów euro z tureckiego Fenerbahce. W Bundeslidze w ciągu sezonu 2023/2024 rozegrał 7 meczów, w tym 3 na wiosnę, będąc wypożyczonym do Freiburga.

fot. Pogoń Szczecin (Accredito.com)

Hoffenheim nie dało mu drugiej szansy i w rundzie jesiennej 2024/2025 nie rozegrał ani jednej minuty w Niemczech. Zimą 2025 roku przeniósł się do belgijskiego Standardu Liege. Tam również dostał jedynie 5 szans, po czym latem wrócił do Hoffenheim, które wypożyczyło Szalaia do tureckiej Kasimpasy. W jednej z gorszych drużyn Super Lig odzyskał regularność, wrócił do Niemiec i… został wypożyczony do Pogoni Szczecin. Od zawodnika zmieniającego pracodawcę co pół roku nie mamy prawa oczekiwać wiele. Warto ostudzić nastroje, zwłaszcza gdy przemawia do nas jedynie nazwisko, a nie faktyczna jakość gry.

Ostatnim przypadkiem Portowców jest Kellyn Acosta. Doświadczony reprezentant USA z bogatą historią w MLS. Brzmi świetnie, lecz ten sam zawodnik w ciągu drugiej połowy 2025 roku rozegrał 102 minuty w barwach Chicago Fire. Miniony rok był dla Acosty sądem ostatecznym — pokazał, iż transfer jest potrzebny na już, a forma zawodnika nie pozwalała drużynie z Illinois wiązać z nim przyszłości. Pomocną dłoń wyciągnęła Pogoń Szczecin. I tyle. Amerykanin nie zdążył jeszcze zadebiutować w Polsce — ostatni mecz w USA, a raczej jego końcowe 5 minut rozegrał 23 października ubiegłego roku.

Legia i próba odbudowy reprezentantów

Kacper Urbański — 11 meczów w reprezentacji Polski. Arkadiusz Reca — 15 meczów w reprezentacji Polski. Kamil Piątkowski — 8 meczów w reprezentacji Polski. Czy ma to tak naprawdę jakieś znaczenie? O każdym z nich nie można powiedzieć wiele dobrego po rundzie jesiennej w wykonaniu Legii, ale czy należało czegokolwiek oczekiwać?

Urbański rozegrał kilka niezłych spotkań w drużynie narodowej. Niewiele osób skupiało się jednak na jego postawie w klubach. Odstawiony w Bolognii i wypożyczony do Monzy, gdzie kompletnie nie pasował do defensywnej taktyki zespołu. W spadkowiczu Serie A regularnie przesiadywał na ławce rezerwowych. Legia Warszawa kupiła go za 700 tysięcy euro, a media oszalały. Później przyszło rozczarowanie, a Urbański nie jest ani gwiazdą stołecznego klubu, ani tym bardziej gwarantem jakości. Tylko czego innego można było się spodziewać po sezonie, gdy od marca do września rozegrał jedynie 118 minut w klubie?

fot. Legia Warszawa

O Arkadiuszu Recy można z grubsza powiedzieć to samo — duże oczekiwania wobec gracza mającego problem z regularną grą. Tu pojawił się jednak inny czynnik, który decydował o rytmie meczowym Polaka — kontuzja, która wykluczyła go na ponad miesiąc, a po której nie potrafił wrócić do dobrej dyspozycji. W drugoligowej włoskiej Spezii prezentował się przyzwoicie i był mocnym punktem zespołu. Od kwietnia 2025 roku boryka się ze sporadycznymi problemami zdrowotnymi, co wykluczyło jego transfer do Lecha Poznań. Ostatecznie wybrał Legię. Zawodnik, który ledwo przeszedł testy medyczne nie może realnie wzmocnić kandydata do mistrzostwa kraju.

Kamil Piątkowski zaliczył w miarę porządny sezon w tureckiej Kasimpasie, ale po powrocie do RB Salzburga został całkowicie pominięty w wyliczance trenera austriackiej drużyny. Sięgnęli po niego Legioniści, a sam Piątkowski, delikatnie mówiąc, nie zachwyca w barwach Wojskowych. Ale czy to powinno być zaskoczeniem? W końcu zawodnik nie rozegrał ani jednej minuty od 10 maja do 14 września 2025 roku. Kupowanie kota w worku z nadzieją na powrót dobrej dyspozycji jest bardzo ryzykowne, nawet w przypadku tak rozpoznawalnego nazwiska. Najnowsza historia tych trzech graczy niejako usprawiedliwia tak mizerną dyspozycję Legii w tym sezonie.

Wielkie transfery wielkich przegranych

Przykładów tego rodzaju transferów w minionych miesiącach starczyłoby na kilka porządnych artykułów. Paweł Dawidowicz, który pomimo braku gry od pół roku zasilił wicemistrza Polski i jedną z najlepszych drużyn tegorocznej Ligi Konferencji. Kamil Jóźwiak, który po nieudanej przygodzie w Granadzie dostał szansę od Jagielloni Białystok i do tej pory nie jest pewniakiem nawet do wejścia z ławki rezerwowych. Paweł Bochniewicz, który po długiej przerwie spowodowanej kontuzją praktycznie nie dostał szansy w średniaku holenderskiej Eredivisie teraz spróbuje odbudować się w Górniku Zabrze.

fot. Raków Częstochowa

Co może kierować zespołami czołówki Ekstraklasy w podejmowaniu takich transferów? Przeciętne umiejętności skautingowe? Chęć odbudowy zawodników? Niskie wymagania płacowe? Żadna z tych przyczyn nie jest wykluczona. Czy wrażliwi na kontuzje piłkarze, bądź wielkie niewiadome nazwiska to inwestycje w przyszłość, a nie teraźniejszość? Możliwe, że każdy z nich rozkręci się w następnym cyklu rozgrywek. Takie transfery, z wyjątkiem wypożyczeń, mogą być zbrojeniem się nie na kampanię 2025/2026, lecz na sezon 2026/2027.

Spójrzmy na sytuację Roberta Gumnego. Początkowo, w rundzie jesiennej nie prezentował się dobrze, bo i nie dostawał zbyt wielu szans. Lech Poznań zdołał jednak stopniowo odbudować Polaka i przy rozczarowującej postawie Joela Pereiry, Gumny zastąpił Portugalczyka w pierwszym składzie. To jeden z tych przykładów, który pokazuje długofalową strategię przygotowania zawodnika na nowo. Takim planom z pewnością poddawani będą również reprezentanci Polski, powracający po słabych okresach za granicą do Polski. Trudniej wyrokować los zagranicznych graczy kupionych za duże sumy pieniędzy. Bogate CV, czy miliony euro w kontrakcie nie gwarantują podniesienia jakości zespołu, czego dowodem mogą być wyżej wymienione przykłady.

fot. Przemysław Szyszka | lechpoznan.pl
Wspieraj nas - udostępnij!

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *